Lubań – zaginione zwierzęta

Opublikowano: interwencje
Tags:

i15W lipcu 2009 roku, Fundacja otrzymała zgłoszenie o zaginięciu kilkudziesięciu koników polskich.  Razem z dziennikarzem Piotrem Dzięciołowskim udaliśmy się na miejsce, aby dokładniej przyjrzeć się całej sprawie. Przeprowadziliśmy wiele rozmów z ludźmi, którzy nie mogli już więcej patrzeć na powolne wymieranie stada koników, nie byli w stanie dłużej milczeć. Opowiedzieli nam historię dramatu stada, które pierwotnie porzucone przez pierwszego właściciela, dzielnie radziło sobie przez wiele miesięcy żyjąc na terenie 50ha dopóki na nieszczęście  zostało przekazane przez gminę nowemu właścicielowi terenu panu Riske.  Poniżej artykuł jaki ukazał się we wrześniowym numerze  „Konia Polskiego” w wyniku naszej wizyty.

„Koń Polski” wrzesień 2009r.: Koniom życia nic nie wróci!

Kilkanaście nieopisanych koni sprezentowały władze Lubania firmie CLEARCUT Ranch należącej do Ferdynanda Riski! Nie wyciągnęły konsekwencji wobec właściciela, który je porzucił! Riska przejął zwierzęta i natychmiast się ich pozbył!!! Wątków w sprawie jest więcej…

Końcówka roku 2007. Lotem błyskawicy rozchodzi się wieść, że słowacki przedsiębiorca, Ferdynand Riska buduje w Kościelniku pod Lubaniem największy w Polsce ośrodek westernu i hodowli reiningowych wierzchowców American Quarter Horse. Rozpisują się na ten temat jeździeckie portale i czasopisma. Wszyscy są zachwyceni i pełni uznania dla pomysłodawcy. W kwietniowym numerze Konia Polskiego (4/2008) ukazuje się artykuł Elżbiety Gnatowskiej „Moja tuzba” prezentujący nie tylko imponującą koncepcję CLEARCUT Ranch, ale także pozasportową i pozahodowlaną wizję przyszłego rancza z wtopionym w nie półdzikim stadem m.in. koników polskich oraz ostatnim dolnośląskim żubroniem Benkiem: zwierzętami, które żyły na tym terenie od kilkunastu lat. Koniki miały grać role polskich mustangów, Benek… rolę Bizona – zapewniał autorkę reportażu nowy gospodarz. Jak się okazało, było to zapewnienie jedynie marketingowe.
Kupiłem ziemię bez koni i bez żubronia! – mówił nam hodowca zaledwie kilka dni temu. – Moja dobra wola, że pozwoliłem Zachariaszowi Theodosianowi, poprzedniemu właścicielowi gruntów, przechować u mnie stado do czasu, gdy ogrodzi swoje pastwiska. Przechować kosztem quarterów. Podczas, gdy jego zwierzęta buszowały po 35 hektarach, moje konie gnieździły się na zaledwie kilku. Niestety Theodosian z umowy nie wywiązał się. Musiałem więc wziąć na siebie także kosztowne dokarmianie zimą. Przeznaczyłem 15 ton siana dla cudzych zwierząt!
A stado rzeczywiście było liczne, w sumie kilkadziesiąt sztuk: Benek, koniki polskie, porzucona kiedyś przez kogoś angloarabka oraz jej dzieci i wnuki narodzone w efekcie mezaliansów. Ferdynad Riska postanowił zahamować ten niekontrolowany rozród i jeszcze jesienią 2008 roku zlecił wykastrowanie 11 ogierów – jeden niestety nie wybudził się z narkozy. W zabiegach pomagała m.in. zatrudniona na ranczo Ewelina Zoń, zootechnik, zawodniczka, trenerka koni w stylu west, wielokrotna medalistka mistrzostw Polski.
Pracowałam tam do końca grudnia 2008. Kiedy odchodziłam stado liczyło 28 koni. Były w dobrej formie, nic im nie dolegało.
Do czasu… Nastała sroga, śnieżna i mroźna zima, konie zaczęły odczuwać jej skutki…
Któregoś styczniowego dnia spostrzegłem kruki krążące nad pastwiskami – wspomina Józef Chrząszcz, stróż – poszedłem sprawdzić: ptaki fruwały nad martwym konikiem polskim.
Na początku następnego miesiąca zimie nie dała rady angloarabka, Tina. Trafili na nią przypadkiem – wówczas zaprzyjaźnieni jeszcze z Riską: Patrycja Usinowicz i Paweł Pietrzkiewicz, którzy akurat przyjechali ze znajomymi, by pokazać im CLEARCUT Ranch.
Wycieńczona klacz leżała do góry nogami – wspomina Patrycja – wielka kobyła „zmalała” nie do poznania. Natychmiast zadzwoniliśmy po Ferdynanda, on z kolei po lekarza. Masaże, rozcieranie zziębniętego zwierzęcia przynosiło efekty. Tina zaczęła skubać siano, napiła się… Mieliśmy więc nadzieję, że z tego wyjdzie. Niestety! Rankiem dowiedziałam się od Riski, że konia trzeba było uśpić…
Tina chorowała zapewne od dłuższego czasu, bo trudno sobie wyobrazić, by spadła z wagą kilkadziesiąt kilogramów z dnia na dzień. Widać nikt do niej nie zaglądał, mimo… iż miała trzymiesięcznego źrebaka.
Konie zaczęły padać jeden po drugim – mówi Lesław Hardziej, który pod nieobecność Ferdynanda Riski nieraz przechadzał się po terenie rancza i dokarmiał zwierzęta chlebem. – Mój kolega, Józek Chrząszcz nie mógł przez te konie spać, przychodził do mnie i prawie płakał. Wcale się zresztą nie dziwię. Sam byłem wstrząśnięty, gdy zobaczyłem martwego konika w stawie. Widziałem też nieżywego Benka. Wszystko mam na filmie.
Zgłosiłem sprawę policji – dodaje Józef Chrząszcz – powiedziałem, że zwierzęta padają z niewyjaśnionych przyczyn, ale nawet nie kazali mi nic podpisać. Jedno dobre, że w ogóle przyjechali na miejsce, zjawiły się także władze gminy, a Riska widząc, że sprawa jest coraz głośniejsza, wezwał Bacutil.
Do utylizacji zabrano Żubronia oraz jednego konika, choć zaświadczeń wystawiono więcej; byłem przy tym – wspomina Paweł Pietrzkiewicz, który kilka dni wcześniej zaczął na ranczo pracować. – Ale całą resztę chowano w ziemi. Widziałem na własne oczy i sam też na polecenie Ferdynanda zakopywałem. To było nie do wytrzymania. Nigdy nie zapomnę stery siedmiu, czy ośmiu koników jeden na drugim… Leżały tak tygodniami, bo zmarzniętej ziemi nawet koparka nie mogła ruszyć. Po dwóch i pół miesiącach zrezygnowałem z pracy. Poszedłem na policję, powiedziałem, co wiem, ale czy to odnotowali, nie mam pojęcia, nie dopełnili procedury i nie dali mi nic do podpisania!
„Obecni na miejscu policjanci obejrzeli wskazane przez zgłaszającego miejsce oraz wykonali fotografie aparatem cyfrowym” – czytamy w informacji przygotowanej dla redakcji Konia Polskiego przez oficera prasowego Komendy Powiatowej w Lubaniu, aspiranta Annę Włoszczyk. Stróże prawa sfotografowali miejsce, w którym być może znajdowały się zwłoki zwierząt, być może nie. Zrobili zdjęcia, wsiedli w samochód i tyle!!! Nie zadali sobie trudu, by niezwłocznie uzyskać nakaz prokuratora i rozkopać ziemię w miejscu, gdzie zwierzęta prawdopodobnie się znajdowały. A czy znajdują się tam dziś? – od maja do sierpnia było wystarczająco dużo czasu, by pozbyć się niechcianych zwłok.
– Do marca 2009, a więc do kiedy tam pracowałem – mówi Józef Chrząszcz – złożono w ziemi przynajmniej 14 koni! POŁOWĘ STADA!!! Miałem to na zdjęciach w komórce. Niestety przestraszyłem się i wszystko skasowałem. Dziś żałuję, ale żona tak mnie prosiła, żebym się nie narażał… że zrobiłem to dla niej. To był błąd; nie przestanę dochodzić prawdy, choć ostatnio odebrałem nawet anonimowy telefon z pogróżkami. Kilka dni temu złożyłem kolejne zeznania, wysłałem też skargę do Komendy Głównej w Warszawie na opieszałość policji w Lubaniu.
Nie wszyscy są tacy odważni, Zachariasz Theodosian, który sporo wie i wiele widział nie chce z nami rozmawiać:
Jak mi pierdolną butelką z benzyną w dom to kto mnie nie obroni???
Co prawda zaraz dodał, że sobie poradzi, bo jest myśliwym i ma strzelbę. Jedno, czego zdołaliśmy się dowiedzieć, to potwierdzenie, że przed sprzedaniem rancza Risce, był właścicielem Benka i reszty, a w momencie transakcji konie i żubroń przeszły na własność kupującego. Czy aby na pewno? Zajrzyjmy w dokumenty. W punkcie XI aktu notarialnego rep. A nr 5125/2007 z 7 września 2007 jest wyraźny zapis, „(…) w drodze odrębnej umowy sporządzonej w formie pisemnej Danuta i Zachariasz małżonkowie Theodosian sprzedadzą spółce CLEARCUT Ranch Sp. z o.o. z siedzibą w Krakowie stado składające się z 21 koni i jednego żubronia za cenę jaka będzie wynikać z wyceny, która zostanie w tym celu sporządzona (…)”
Umowy sprzedaży stada nigdy jednak nie zawarto, a więc właścicielami w dalszym ciągu pozostawali Danuta i Zachariasz Theodosianowie. Urzędnikom gminy wystarczyło jednak pisemne oświadczenie, że nimi nie są. Mało tego, w decyzji z 10 czerwca 2009, na mocy której stado zostało przekazane firmie Ferdynanda Riski znajdujemy następujące stwierdzenie: „(…) Stado to zostało porzucone przez właścicieli tj. Państwa Danutę i Zachariasza Theodosian, które pozostawiło go (je!!! – popr. red.) na nieruchomości (działce nr 749/2, obręb Kościelnik) po zawarciu umowy kupna sprzedaży gruntu z firmą CLEARCUT Ranch Sp. z o.o. Państwo Theodosian po zawarciu tej umowy sprzedaży byli w przekonaniu, że w listopadzie 2007 r. dokonano również sprzedaży stada koni” (…).
Przekonanie przekonaniem a fakty faktami. Stado nie było więc bezpańskie, miało swojego właściciela, ale urzędnicy gminy czynili wszystko, by nie przyjąć tego do wiadomości, zarazem rozgrzeszyć PRZESTĘPSTWO porzucenia zwierząt! Akceptując taki stan rzeczy zarządzono inspekcję rancza. „(…) Podczas wizji w terenie (9. 04. 2009 r. – przyp. red.) z udziałem stron postępowania oraz przedstawiciela Powiatowego Lekarza Weterynarii w Lubaniu komisja ustaliła, iż humanitarną opiekę nad stadem koni sprawuje Pan Ferdinand Riska – prezes firmy CLEARCUT Ranch Sp. z o.o.. Komisja zgodnie stwierdziła, że warunki utrzymania zwierząt są zgodne z potrzebami tej rasy.(…) Jakiej rasy??? Przecież na farmie żyły nie tylko koniki polskie, ale również m.in. potomstwo Tiny, angloarabki! (Patrz zdjęcie)
KOMPROMITUJACZYCH błędów w decyzji, na podstawie której gmina przekazała Risce stado jest znacznie więcej. Oto bowiem wójt orzeka „przekazać nieodpłatnie dla Firmy CLEARCUT (…) 17 sztuk koni, w tym: 12 szt. koni polskich, tj. dwa ogiery, 6 wałachów, 4 klacze, 5 szt. krzyżówki konia polskiego, t.j.1 wałach i 4 klacze. Czytamy i nie rozumiemy! Cóż to za rasa „koń polski”? Małopolak, wielkopolak??? Mowa chyba o konikach polskich zwanych też konikami biłgorajskimi! Dla laika „wsjo rawno”, ale dla urzędnika wydającego taką decyzję nie może być obojętne, pod czym się podpisuje! Mało tego, jako przedstawiciel władzy pozwala sobie przekazać konie, z których żaden nie ma paszportu, żaden nie jest nawet opisany. To tak, jakby ktoś komuś darował 17 samochodów bez dowodów rejestracyjnych zaznaczając jedynie, że np. wszystkie są polskie. Wójt oczywiście nie musi znać się ani na koniach, ani na samochodach; musi jednak zatrudniać ludzi, którzy nie wpuszczą go w maliny! Mirosław Herdzik, wójt gminy Lubań otoczył się jak widać nienajlepszymi doradcami. Stąd m.in. brak profesjonalizmu w sposobie przekazywania własności.
Kiedy tylko decyzja uprawomocniła się, sprzedałem stado dwóm klientom – informuje nas Ferdynand Riska.
Bez paszportów?
Jak to bez? Dziś, jeśli koń nie ma paszportu to nie można z nim wyjechać poza stajnię, a co dopiero sprzedać do innego województwa! Dokumenty muszą być i miałem; załatwili je moi klienci. Opisy i paszporty sporządził, jeśli się nie mylę, Związek Hodowców Koni Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze.
Sprawdziliśmy ten adres. Kierownik tamtejszego Związku, Piotr Helon zaprzecza, jakoby kiedykolwiek w Zielonej Górze wystawiano papiery dla stada należącego do Ferdynanda Riske. Dziwi się zresztą, skąd w ogóle taki pomysł, skoro konie przebywały na terenie podległym Okręgowemu Związkowi Hodowli Koni we Wrocławiu. Zdziwiony jest również Krzysztof Wójcik – kierownik wrocławski – i oświadcza, że ani nie opisywał, ani nie wydawał paszportów dla koników polskich hodowanych przez Słowaka w Kościelniku. Ciekawe więc, kto opisał i kto wystawił im dokumenty. Konie wyjechały z Koscielnika zaraz po uprawomocnieniu się decyzji wójta, a więc po 28 czerwca.
Po tym terminie wyjechało jedynie 12 koników polskich, piątka skrzyżowanych z nimi zniknęła z rancza kilka dni wcześniej, a więc kiedy decyzja nie była jeszcze prawomocna! – koryguje naszą informację od Ferdynanda Riski, Karolina Rusak, mistrzyni Polski western pleasure junior i western riding open. – Wiem, co mówię, bo wśród tych koni był mój, srokata klaczka, wnuczka Tiny imieniem Deep Blue Eyed Lady, którą kupiłam od Ferdynanda w styczniu. Chciał ode mnie złotówkę, dałam sto złotych. A kiedy 22 czerwca o 8 rano zgodnie z ustaleniami zadzwoniłam do niego, by umówić się na odbiór, oznajmił, że nigdy nie sprzedał mi żadnego konia i rzucił słuchawką.
Co za bzdury! – oburza się Ferdynand Riska. – Jak mogłem sprzedać coś, co jeszcze wtedy nie było moje. Czy pani Rusak ma jakąś umowę kupna-sprzedaży. Nie ma, bo takiej nie zawarliśmy. To kolejne pomówienie. Ale nawet, jeśliby przyjąć hipotetycznie, że taka transakcja miała miejsce, to dlaczego dziewczyna nie interesowała się koniem przez całą zimę, nie przyniosła choćby kostki siana, nie pomogła mi ani razu w robieniu przerębli, ażeby zwierzęta miały dostęp do wody, dlaczego nie partycypowała w kosztach jego utrzymania???
Riska sprzedał mi tego konia, choć rzeczywiście nie sporządzaliśmy pisemnej umowy. Mam jednak świadków transakcji i to nie tylko moją mamę.
Potwierdzam, byłam przy zawieraniu ustnej umowy i przy zapłacie – mówi Zofia Zabłocka, zawodniczka west, sędzia PLWiR, znajoma Karoliny.
To nieprawda, że nie interesowałam się Lady – kontynuuje Rusak. – Odwiedzałam klaczkę nawet z lekarzem weterynarii, bo niepokoił mnie jej stan – zima naprawdę była tęga, a ona liczyła zaledwie kilka miesięcy i chowała się przecież bez matki. To ja płaciłam za wizyty weterynarza, nie Riska. O jakich kosztach on mówi? Pytałam, czy przeprowadzić konia do siebie – vis a vis jego rancza mam swoich 13 hektarów, a jeśli nie, to ile mam mu płacić miesięcznie – odrzekł, że nic, bo i on nic na te konie nie łoży.
Karolina Rusak jest zrozpaczona utratą Deep Blue Eyed Lady, ale też rozgoryczona. Wiedziała od Riski, z którym przyjaźniła się zresztą cała jej rodzina, i którą to rodzinę Riska namówił na przenosiny z Gdańska do Lubania, że półdzikie stadko stanowi dla nowego właściciela nie lada kłopot. Postanowiła pomóc i – jak mówi – w porozumieniu z Ferdynandem zamieściła na największym portalu jeździeckim informację, że są do wzięcia w dobre ręce koniki polskie. Ferdynand Riska kategorycznie temu zaprzecza, twierdzi, że dziewczyna zrobiła wszystko na własną rękę i to w czasie, kiedy nie myślał jeszcze o rozstawaniu się ze stadem.
W ciągu dwu dni miałam przeszło stu chętnych. Sprawa mogła być rozwiązana z korzyścią tak dla koni, jak i dla samego Riski. Ten niestety zmienił plany i postanowił stado spieniężyć…
Około 15 czerwca, dzwoniłem do Karoliny i proponowałem, by jak najszybciej wzięła nie tylko tę niby swoją klacz, ale jeśli ma ochotę to może zabrać także inne półdzikie konie. Dziewczyna nie zareagowała, zresztą wcale się nie dziwię, bo… hektary ma – prawda – ale to ugór, który dopiero trzeba pod konie przygotować!
Ferdynand Riska wyszukał więc innych chętnych – takie prawo właściciela. Zastanawia jednak, czemu władze gminy zbagatelizowały informację Karoliny Rusak, o sprzedaży pięciu koni przed uprawomocnieniem się decyzji? Wtedy przecież były jeszcze własnością gminy i tylko gmina mogła nimi dysponować! Urzędnicy tymczasem nie zadali sobie nawet trudu, by zgłosić podejrzenie przestępstwa na policji; czyżby dlatego, że nie dysponując opisami koni nie potrafili powiedzieć, których konkretnie zwierząt szukają. To rzeczywiście trudniejsze, niż szukanie igły w stogu siana.
Dziś mało prawdopodobne, by konie się odnalazły. Szczęście dopisało jedynie córce Tiny i źrebakowi konika polskiego (zdjęcia), które Riska sprzedał swojemu współpracownikowi Adamowi Fałtynowi. Co do pozostałych, nie wiemy nawet, czy żyją. Wiemy za to na pewno, że w czasie, gdy stado przebywało na gruntach należących do Ferdynanda Riski padła mniej więcej połowa koni oraz Benek, ale że sekcji nikt nie wykonywał, przyczyna śmierci pozostanie nieznana.
Mam dość, nie zamierzam się więcej tłumaczyć. Od tych, którzy mnie oskarżają zażądam na drodze sądowej sto tysięcy złotych odszkodowania i wcale nie chcę tych pieniędzy dla siebie, ale dla którejś organizacji ratującej konie! Dziś robi się ze mnie mordercę, a przecież czyniłem wszystko, by stado przetrwało – mówi Ferdynand Riska. Gdybym miał złe intencje, to natychmiast po przejęciu terenu rozebrałbym ogrodzenie w kilku miejscach i zwierzynę wypuścił w świat. Chciałem dobrze, mam za swoje. Ludzie opowiadają niestworzone historie. Wiem, którzy, bo to ci, których zwolniłem z roboty za to, że się nie wywiązywali, a nawet mnie okradali.
Mocne słowa, a czy prawdziwe? Wyrzuceni z pracy, wśród nich m.in. Józef Chrząszcz, zatrudniony jeszcze przez Theodosiana 12 lat temu, także Wojciech Adamczyk – trener, jedna z najznamienitszych postaci rodzimego westernu – kierują sprawy do inspektoratów pracy. Na razie – jak nam powiedzieli – wychodzą z tarczą; co będzie dalej, zobaczymy. Czekamy na wyniki śledztwa, które zdaje się wreszcie ruszyło z kopyta. Co prawda koniom to życia nie wróci, ale sprawy nie wolno zostawić niewyjaśnionej. Interesuje się nią nie tylko Koń Polski, także główny specjalista ds. ochrony zwierząt przy Kancelarii Prezydenta RP, fundacja Pegasus…

Piotr Dzięciołowski

 

Tak jak się spodziewaliśmy Prokuratura w Lubaniu umorzyła sprawę.
Policja nie była zainteresowana odkopaniem koni (dowody popełnienia przestępstwa) zasłaniając się tym, że tylko dwie osoby potwierdziły ten fakt a to za mało

Change this in Theme Options
Change this in Theme Options
Translate »